Misiek - epizod 2

Maczo! Do nogi!

chory misiek

Byłem chory.

Już we wtorkowy wieczór, uzbrojony w pełen asortyment zaleconych specyfików, zamknąłem się w domu i rozpocząłem rekonwalescencję.

Ach, cóż to była za kuracja…
Zatopiony w betach, leczyłem nie tyle grypę, co zszarpane egzystencją nerwy czterdziestolatka. Choroba spadła na mnie – dosłownie i w przenośni – wprost z jasnego nieba, nawet jeśli celowo ją ‘zamówiłem’, zmieniając przebite koło w strugach grudniowego deszczu. Dość, że dzięki niej mogłem odizolować się od świata i – nareszcie bez obsesyjnych wyrzutów sumienia, bo przecież nie powinienem, ba, nie wolno mi! wychodzić z łóżka – nadrobić zaległości w lekturze. A więc… czytałem.

Czytałem i smarkałem. Kaszlałem, kichałem, ocierałem, rozpuszczałem, zażywałem i popijałem, ale nader wszystko: czytałem! Zakopany w białym, nastroszonym puchu, niby misiek w swej gawrze, mozolnie przewracałem stronę za stroną „Madame” Libery i, pławiąc się w podbarwianym gorączką misterium słowa, osiągałem upragniony spokój wewnętrzny.

Mimo wzorowej dyscypliny pacjenta, pierwsze dni choroby, a więc wtorkowy wieczór i caluteńka środa były, jak to zwykle z grypą, jedynie troskliwym wysiadywaniem zarazka. Dzięki temu, jakby za sprawą przeznaczenia, najdorodniejszy rozkwit wszelkich moich niemocy przypadł właśnie na czwartkowy poranek. Niespodziewanie zaczął się on jednak dużo wcześniej, niż mogłem przewidzieć, odkładając książkę o trzeciej nad ranem.

* *

– Maczo! Do nogi!

Otworzyłem oczy.
Przez długą chwilę nie miałem pewności, co jest już jawą, a co jeszcze snem lub może tylko halucynacją gorączkującego. Czarnowłosa córka kosmicznego oberżysty, która, co tu kryć, powinna była znajdować się gdzieś w moich ramionach… budzik wskazujący godzinę szóstą dziesięć… dwaj lewitujący kelnerzy ze szklanymi tacami w kształcie kul… soczyste przytyki robotników… ryk silnika – czyżby rakietowego?… kobiecy głos… szczekanie psa…

– Maczo!

– Przywiązać toto do drzewa, bo mu kto na co nastanie.

Nikomu, kto chorował na przedsylwestrową odmianę grypy, nie muszę wyjaśniać, czym bywa pierwsze przełknięcie śliny o szóstej nad ranem w trzeci dzień choroby. Wysuszone na wiór, a jednocześnie monstrualnie napuchnięte i nieznośnie przeczulone – moje gardło nadawało się w tamtej chwili na wzorzec ‘gardła grypianego’, godny swego miejsca w Sèvres pod Paryżem.

Podpełzłem do stojącej na regale szklanki. Była pusta.

– Maczo! Zostaw pana!

Woda…
Dobrnąwszy do kuchni, chwyciłem czajnik, łapczywie przycisnąłem go do ust i przechyliłem głowę. Kilka odkruszonych kamyczków kotłowych wypełniło moje usta i przylgnęło do najtkliwszych miejsc porannej świadomości. Nie mogąc powstrzymać odruchu przełknięcia, przeszywany bólem i charczący jak bazyliszek – dopadłem kranu.

– Maczo!

– Na uwięzi go trzymać! Albo kłopotów narobi i trza bedzie uśpić!

Wyjrzałem przez okno; musiałem się upewnić, że głosy, które słyszałem, nie pochodziły z wnętrza mnie i nie były podświadomą projekcją moich mrocznych tęsknot. Kiedy odsłaniałem firankę, caluteńka woda, którą przed chwilą wypiłem, napłynęła mi do oczu. Nie zauważywszy szyby, uderzyłem w nią czołem.

– Sam się pan uśpij!

Ktoś wszedł do bramy, i po chwili panujące na podwórku ciemności rozświetlił blask świateł zapalonych w mieszkaniu na parterze. Usłyszałem zgrzyt otwieranego okna i kobiecy głos, ten sam, który niedawno strofował psa:

– Można wnosić. Pierwsze drzwi po lewej. Uwaga na wysoki próg!

Dopiero kiedy zwinąłem się pod kołdrą w kulkę, i dygocąc z zimna chłonąłem ciepło nagrzanej pościeli, powoli zaczęło docierać do mnie to, co zobaczyłem za oknem. Pośrodku podwórza stała wielka ciężarówka, a cała przestrzeń wokół niej zastawiona była pudłami, workami i wysłużonym sprzętem spod znaku AGD. Sprawcy tego bałaganu najwyraźniej wciąż nie mieli dosyć; zamontowawszy pochyły trap, znosili z ciężarówki wszystko, co tylko dawało się znieść. Z całą pewnością ktoś wprowadzał się do pustego mieszkania na parterze, tuż pode mną.

Jednak… w tamten czwartkowy poranek nawet tak oczywisty wniosek, jaki można było wysnuć na podstawie obserwacji podwórza, nie skaził mojej gorączkującej psychiki. Kiedy pogrążałem się w błogim śnie, wokół mnie wirowały tylko unoszone tanecznym krokiem robotników meble, zrolowane dywany, pękate walizki i kolorowe paczki. Przed moimi oczami piętrzyły się podniebne stosy powiązanych sznurkiem książek, a ja błądziłem w ich labiryncie aż do chwili, gdy uniósł mnie ze sobą milczący korowód kwiatów doniczkowych i wtedy…

Wtedy miał miejsce jeden z tych niepojętych incydentów, kiedy to budzące nas odgłosy wpadają w niewytłumaczalne sprzężenie zwrotne z treścią snu. Pierwszy dzwonek u drzwi wejściowych, a raczej jego nieubłagalność, wprowadziła do mojego snu element katastroficzny. Wszystko stało się w jednym ułamku sekundy, w którym to mój śpiący umysł przebudował błogość w tragedię, a więc zmienił niewinny starokawalerski sen w koszmar żonatego mężczyzny:

Roślin było coraz więcej i więcej, aż otoczyły mnie gęstą plątaniną rachitycznych gałęzi: byłem uwięziony w dżungli roślin „domowych”. Osaczały mnie ze wszystkich stron, a każda z doniczek, wyposażona była w detektor ruchu opatrzony d z w o n k i e m. Moim wyzwaniem było nie dotknąć żadnej z roślin.

Brnąc przed siebie jak psujący się robot, przyjmowałem jedną po drugiej pozycje wystawiające na szwank godność prawdziwego mężczyzny. Ale szedłem… Szedłem jak bohater – słaniający się z wycieńczenia i godzony zdradzieckiemi strzały w co rusz to w inne miejsca. Złożoności póz, jakie przyjmowałem, na próżno by szukać w podręczniku jogi, na szali leżało bowiem coś absolutnie bezcennego: aspiracja wzorowego męża, by choć raz w życiu minąć stojak na kwiatki i wyjść na balkon nie usłyszawszy słowa reprymendy. I kiedy byłem już o krok od zwycięstwa, mającego usprawiedliwić wszystkie te żałosne wysiłki… zadzwonił drugi d z w o n e k !

Otworzyłem oczy. Usiadłszy na łóżku, przez krótką chwilę zastanawiałem się, który z członków mojego ciała uruchomił doniczkowy alarm, i kiedy byłem już bliski wskazania winowajcy – dzwonek u drzwi wejściowych zadzwonił po raz kolejny.

Machinalnie podreptałem do przedpokoju, tu jednak uzmysłowiłem sobie, że mam na sobie jedynie slipki, i to nie jakieś stringopodobne męskochluby, a zwykłe białe bawełniaki o nie pierwszej już elastyczności. Włożyłem szlafrok, odnalazłem paczkę chusteczek i doprowadziwszy się do porządku, otworzyłem drzwi.

Korytarz był pusty.

W pierwszej chwili przemknęła mi przez głowę myśl, iż to dobrze, że ten ktoś sobie poszedł, skoro nie było go stać na tę małą chwilę cierpliwości. Zawstydziła mnie jednak ta refleksja, gdyż była odpowiednikiem bezdusznego ‘jak kocha, to poczeka’, i to skojarzenie przywołało niemiłe wspomnienia; ileż to razy słyszałem z kobiecych ust powyższy komentarz, wygłaszany niby po to, by zganić moją niecierpliwość, w rzeczywistości jednak w celu usprawiedliwienia własnej nonszalancji.

Czasem myślę, że to całe ‘kocha-to-poczeka’ przypomina miecz obosieczny: żadnej kobiecie nie należy się facet, dla którego nie jest w stanie uszpachlować się dwa razy szybciej – i odwrotnie: żaden mężczyzna nie zasługuje na kobietę, dla której z radością nie zapuściłby korzonków. Zresztą… co ja tam wiem.

Więc? Gdzie jest ten ktoś, kto dzwonił? A może nie dzwonił? Bo go nie ma i nigdy nie było?

Po chwili niezręcznego wahania, podczas którego ciężko oddychałem przez spierzchnięte usta, straciłem pewność siebie. Dzwonienie w uszach mogło być przecież jednym z mniej ważnych objawów dręczącej mnie jednostki chorobowej; coś absolutnie naturalnego dla głowy rozdętej ciągłym dmuchaniem w chusteczki.

Przeciąg klatki schodowej sprowadził na mnie dreszcz osamotnienia: Dlaczego nikt się mną nie opiekuje?!

Kiedyś Zula zdradziła mi największą tajemnicę kobiet. Święta panienko, czegóż to ja nie wyprawiałem, żeby poznać ten sekret! Ale mniejsza z tym. Ważne, że w końcu Zula dała za wygraną. Stało się to w chwili, gdy zrozumiała, że dopóki tego nie zrobi, nie przerwę okupacji jej łazienki (miałem ze sobą kanapkę i puzzle z tryliona elementów). Powiedziała mi wtedy, że tak naprawdę kobiety potrzebują mężczyzn głównie po to, by mogły się nimi opiekować. Do dzisiaj łamię sobie głowę nad sekretnością tego sekretu; prawdopodobnie tkwi ona w fakcie, iż jego strażniczki same nie wiedzą o jego istnieniu.

Kiedy tylko zrzuciłem szlafrok i wskoczyłem pod kołdrę, poczułem, że moje uszy i stopy są lodowato zimne. Owo wychłodzenie terminali musiało stanowić bezpośrednią przyczynę kolejnego zmasowanego ataku choroby, postanowiłem więc uporać się z tym problemem jak najszybciej.

Chcąc mieć chociaż chwilę spokoju, zdecydowałem się dorywczo wykorzystać niezawodną metodę z dzieciństwa: Urwałem dwa pokaźne fragmenty chusteczkowej ligniny i, utoczywszy z ich brzegów tampony, wetknąłem je w obydwie dziurki nosa. Zyskany dzięki temu zabiegowi czas miałem zamiar wykorzystać na odszukanie zimowego ekwipunku.

Dygocąc z zimna, dopadłem szafy i otworzyłem jej dolną szufladę. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy były… – o, łaskawa opatrzności! – futrzane bamboszki. Kto mógł przypuszczać, że kiedykolwiek ucieszy mnie widok jedynej pamiątki, jaka pozostała mi po puszczalskiej Agacie. Prezent, którego nigdy nie miałem okazji jej wręczyć: ciepłe, futrzane kapcie, ozdobione przytroczonymi od przodu, kiwającymi się na boki głowami uśmiechniętych pajacyków. Tak, Agata marzły stopy…

misiek chory

Niewiele myśląc, wsunąłem obydwie bryły lodu w bamboszki, naciągnąłem na uszy zimową czapkę z pomponem i zabrałem się do poszukiwania skarpet. Odnalazłem je na samym dnie pudła. Po ostatnim praniu zbiegły się jednak do tego stopnia, że wsunięcie w nie odzianych w bamboszki stóp wydało mi się niepodobieństwem. Chcąc rozciągnąć skarpety, naciągnąłem je na obie dłonie, i w chwili, gdy zrozumiałem, iż czynność ta pozbawiona była jakiegokolwiek sensu, usłyszałem kolejny dzwonek.

Mocno mrugając, by odcisnąć napływające do oczu łzy, otworzyłem drzwi wejściowe.

* *

Przez chwilę stała w milczeniu, jakby mój widok ją w jakiś sposób onieśmielił, skrępował lub zaskoczył.

– Dzień dobry. Przepraszam, że pana niepokoję, ale… Myślałam, że pana nie ma w domu. To znaczy na początku tak myślałam, ale potem usłyszałam, że pan otworzył, więc pomyślałam, że jednak pan jest.

Zaskoczyło mnie jej podobieństwo do córki kosmicznego oberżysty.

– Jesteb – potwierdziłem, a mój głos wybrzmiał kamiennym echem w głuchej studni klatki schodowej.

– Wprowadzam się właśnie, więc… – uśmiechnęła się. – Będziemy sąsiadami.

– Naprawdę? – zapytałem autentycznie zdziwiony, moje pytanie musiało jednak zabrzmieć dość cynicznie, gdyż odpowiadając, moja przyszła sąsiadka wydawała się nieco zmieszana.

– Cóż, przepraszam jeśli nad ranem trochę hałasowaliśmy, ale rozumie pan: siła wyższa. Zresztą nie miałam pojęcia, że jest pan nieco… – tu przyjrzała mi się badawczo, lustrując mnie od stóp do głów – niedysponowany, więc…

– Więc? – powtórzyłem bezwiednie jej ostatnie słowo, zaciskając oczy i cudem powstrzymując nagłe kichnięcie.

– Chciałam poprosić o przysługę. Jeśli jednak byłby to jakiś kłopot…

– Kłopot? Jaki kłopot?

– Otóż właściciele mieszkania, które wynajęłam, tego na parterze, tuż pod pańskim, nie posiadali zapasowego kompletu kluczy. Umówiłam się z nimi, że dorobię własny komplet, a ten – tu potrząsnęła czymś brzęczącym – zwrócę im jeszcze dzisiaj. Problem polega na tym, że oni za chwilę tu będą, a ja już dłużej nie mogę na nich czekać; za kwadrans muszę być na dworcu, żeby odebrać przesyłkę. Jeśli byłby pan tak dobry i zwrócił im ten komplet w moim imieniu, byłabym niezmiernie zobowiązana. Poinformuję ich, żeby zgłosili się do pana. Czy mogę liczyć na pańską pomoc?

Patrzyła na mnie z dziwnym zakłopotaniem, jakby nie była pewna, czy powinna mi zaufać.

– Oczywiście? – odpowiedziałem. Nie zdając sobie sprawy z tego, że mojemu zapewnieniu nadałem tryb pytający, wyciągnąłem przed siebie lewą dłoń. Ze zdumieniem spostrzegłem, że jest ona przyodziana w zimową skarpetę.

Z wyraźnym wahaniem ułożyła na mojej dłoni komplet kluczy, ugniatając nimi wybrzuszenie piętki.

– Ewa.

– Słuchab?

– Mam na imię Ewa.

Mój wewnętrzny spec od public relations podpowiedział mi wreszcie co robić: prawą skarpetą zdjąłem czapkę.

– Bisiek… to jest ten… y.. Ry.. Rysiek Ryszard.

upiór kamienicy

Uścisnęliśmy sobie pompon, po czym zamknąłem drzwi i ruszyłem do pokoju. Moją uwagę zwrócił przedziwny odgłos, jaki wydawało każde stąpnięcie. Zatrzymałem się i spojrzałem w dół.

Obute w futrzane bamboszki stopy uśmiechały się do mnie główkami wesołych pajacyków, a dzwonki przy ich czapeczkach ogłaszały każdy mój ruch. I wtedy, stojąc obok lustra, kątem oka dostrzegłem coś, co wzbudziło we mnie jeszcze większy niepokój. Kiedy spojrzałem na własne odbicie, poczułem, jak oczy wychodzą mi z orbit.

Czapka, skarpety i bamboszki – to nie było wszystko. Po pierwsze, moje naelektryzowane włosy sterczały we wszystkich kierunkach… to znaczy prawie wszystkich, bo niektóre strony świata cieszyły się znacznie mniejszą popularnością. Po drugie, nie miałem na sobie szlafroka, więc moje białe bawełniaki snuły luźną opowieść na temat, którego lepiej nie poruszać podczas pierwszego spotkania z nieznajomą.

No i wreszcie po trzecie: jakby tego wszystkiego nie było dosyć – przez cały czas naszej rozmowy w obydwu dziurkach mojego nosa tkwiły… celulozowe kwiatki.

C D N

Dodaj komentarz